niedziela, 2 listopada 2014

Dziadowy Listopad: TOP 10 - najstraszniejsze momenty dzieciństwa



Hu hu hu! Czas zacząć miesiąc recenzowania strasznych filmów - "Koszmar Ulicy Wiązów", staroci od Hammer/Universal, brazylijskich "High School Musical" czy ogólnej tematyki grozy. Ale zaraz... czy nie powinienem zrobić horrorowego miesiąca w październiku? No wiecie, Halloween i te sprawy? Opóźniony zapłon? 

Zacznijmy od oczywistości. Halloween to nie polskie święto. I nie mówię tego z pozycji postkomunistycznego katola straszącego hamerykanami i zakamuflowanym demonem, gdyż religijny nie jestem, za Wszystkimi Świętych wyjątkowo nie przepadam, ostatnio wystawiłem zrobionego przeze mnie Jacka O'Lanterna dla dzieci, rozumiem czemu te preferują Halloween, a i są gorsze zachodnie wzorce od w sumie głupawej i raczej nieszkodliwej zabawy. I niestety są bardziej łykane. Ale Halloween polskie nie jest, nie oszukujmy się. Fajnym zamiennikiem byłoby promowanie Dziadów, wypadających akurat 2. listopada. Otoczka ta sama, ale swojskie i bez narzekania o małpowaniu Zachodu.

Kolejny argument do strasznego listopada to zakończenie tego miesiąca popularnymi andrzejkami, które jak czytałem ostatnio ma rodowód satanistyczno-wróżbiarski. Duchy i potwory idealnie wpasują się w klimat.

To oficjalnie listopad będzie "strasznym miesiącem". 


Po tym zacznijmy właściwy temat postu. Dzieci zawsze się czegoś boja. Zawsze. I często dorosłe te dzieci wspominają jak to śmiały się na "The Thingach", a srały ze strachu na widok Buki.

Sam bylem takim małym strachajłą. Krwawy "Gatunek"? I tam! Ale fajny potworek! Pierwsze wejście disneyowskiego Piotrusia Pana. O mój Boże! Chcem do mamy! Clarence Boddicker rozstrzeliwuje na strzępy Alexa Murphy'ego albo koleś kończący w kwasie w "Robocopie". Co tam... Gaston dźgający Bestie w "Pięknej i Bestii"? Eeewwww....

Tak. Filmy przeznaczone dla młodszej widowni były gorsze niż niektóre filmy z czerwonym znaczkiem. I te filmy sprawiały u mnie nieprzespane noce, okropności dzieciństwa. I pora to usystematyzować. Oto TOP moich filmowych koszmarów z mojego dzieciństwa.

Honorowe wspomnienie:      Chimera z "Gumisiów"

 Bezsprzecznie najmroczniejszy epizod "Gumisiów". Przez długi czas był to mój ulubiony epizod. Obecnie bardziej lubię pochodzący z tego samego odcinka "Plot czy strach na wróble?", którego przesłaniem jest, że demokracja z polityką prowadzi do korupcji i promowania głupich pomysłów :).
Lecz wracając do meritum: król Gregor dostaje od anonimowego wielbiciela kamiennego gargulca (u nas przetłumaczonego jako chimera. Zapewne tłumacz nie uważał na mitologii greckiej...). Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby i gargulec paskudzi honorowo blanki zamkowe. Zami przeczuwa, że to oznacza coś złego. I nie myli się.

Noc w Dunwin, stopniowe wygaszanie świateł, kamienny stwór siedzi na blankach, strażnik niepewnie spogląda, by potem wrócić do obowiązków... i nagle zaczyna się horror.  Rozświetlający księżyc, najbardziej creepy utwór z soundtracka, ujęcie na cały kadr kamiennego ryła gargulca i zmiana w żywe paskudztwo z upiornym śmiechem, które ot tak zrzuca cegłę ogłuszając strażnika... choć, nie... teraz zakładam, że gość nie żyje... i rozsiewa terror wśród zamku. W tym ten mały skurczybyk zamierza zabić króla Gregora. Swego czasu mój strach był związany z obsesja na punkcie gargulca. Bez przerwy katowałem ten epizod na VHS-ie, lepiłem podobizny z plasteliny i wymyślałem fabuły inspirowane atakami gargulca. I mimo tego podświadomego strachu nigdy nie czułem potrzeby chowania się pod kołdrą. Jednak jak wspominałem, w jakiś się sposób miałem stracha i nawet dziś nie zestarzał się pod tym względem.

PS. Chciałbym zobaczyć "Noc Chimery 2" jak robi burdel u pewnej osoby (jak ktoś zna zakończenie, wie kogo mam na myśli).
 

10.     Czołówka "Legendy"

Jestem zdziwiony, że film rzadko figuruje na podobnych amerykańskich listach. Zwłaszcza, że ten nakręcony w duchu oryginalnych baśni braci Grimm, jest wyjątkowo mroczny, ma przerażające dla młodego widza sceny, a potwory są naprawdę straszne. Mnie osobiście odstraszała czołówka. Skąpany w ciemności las. Długie puste ujęcia, z których wyłaniają się zwierzęta sprawiające wrażenie nie z tego świata. Ponura muzyka Jerry'ego Goldsmitha. Wśród nich przeplatają się ujęcia stopniowo odkrywanej jakiejś postaci. Okazuje się nim być ohydny Blix, będącego idealnym obrazem tego jak wyobracam sobie gobliny. Blix spoglada niepewnie na zamek osadzony na bagnach... 

Olejmy Szatana, wiedźmę z bagna, obrazy dosłownie z piekła rodem czy nawet późniejsze akcje Blixa. Ta sekwencja dla mnie powodowała prawdziwie gęsią skórkę.
9.     Gmork z "Niekończącej się Opowieści"

Czym jest idealny film familijny bez jednego elementu powodującego kisiel z dziecięcych majtach? A tym elementem jest wilkołak Gmork. Gdzieś podczas burzliwej nocy jest ponura jama. Z ciemności wyświetlają się zielone oczy. A potem następuje widok wilczej mordy przy akompaniamencie najbardziej creepy utwór z soundtracka. Nic tylko zasłaniać oczy na widok czającej się potwora. Ten wilczur z piekła rodem sprawi, ze dzieciaki stracą zainteresowanie nocnym biwakiem w Drawsku/Bieszczadach/Puszczy Białowieskiej, w okresie wilczej rui... 

8.     Przemiana w osła z "Pinokia" 

Ten na pierwszy rzut uroczy i dziecinny disneyowski klasyk ma sporo momentów, które straszą nawet dorosłych. Kiedyś szerzej opowiem w odpowiednim czasie. Teraz skupmy na najstraszniejszej scenie "Pinokia". Jak Knot stopniowo przemienia się w osła. Nawet jak znałem już jego los z poprzedniej sceny i tak chowałem się pod kołdrą. Scena ta ma chyba wszystko co powinna posiadac traumatyczna scena horrorowa. Kolejne odsłanianie grozy, sugestywne cienie sugerujące okropności i odstraszające transformacje, tutaj ręce mutują się w kopyta. Brrr... I najgorsze jest to, ze dzieciaka widzimy ostatni raz i nie wiadomo czy zmieni się z powrotem w chłopca. Najprawdopdobniej nigdy. I po latach uważam to za najbardziej przerażający aspekt tej sceny.  


7.     Introdukcja Piotrusia Pana z "Piotrusia Pana" 

Ktoś napisał, że disneyowski film musi mieć ten moment, który powoduje stracha u dzieciaka. coś w tym jest. Wiele TOP list strasznych momentów z dzieciństwa posiada te disneyowskie momenty. Las z "Królewny Śnieżki" , w/w osły w "Pinokiu", "Black Cauldron" i wiele innych. Z wyjątkiem jednej sceny. Państwo Darling zostawiają dzieci same. Tymczasem na dachu ich domu pojawia się czarna postać w akompaniamencie raczej niewesołej fletni. I następuje horror. Wróżka rozświetla twarz postaci wyginająca twarz w okropnym złowieszczym uśmiechu. Nic tylko zasłaniać twarz. I tak zawsze było. Zawsze tak zrobiłem podczas tej sceny. Zawsze! Boże Kochany! I serio Walt? Tak przedstawiasz głównego bohatera, z którym mamy się utożsamiać? Postaci będącej przez resztę filmu przyjaznej i dającej się lubić?! To jest przedstawienie pasującego do czarnego charakteru! Jak będę kręcić film dla dzieci, a w nim będzie miejsce na strasznego powodującego senne koszmary złego, dostanie taką wejściówkę! Nie ma szans! To musi zadziałać! I naprawdę! Żadna z w/w list nie uwzględnia tego momentu?! Nie... to niemożliwe! Po prostu... nie!

6.     "Muminki"

O tak. Tutaj mamy prawdziwego scare-factora. Niby niewinna dobranocka dla dzieci, a straszniejsza niż niejeden horror.  Wielu wspomina jak to nie bali się np. "Aliena", ale na widok Buki lecieli z płaczem do mamusi. Ja powiem szczerze... nie bałem się Buki. Ani razu. W zasadzie nie robi nic strasznego czy złego, prędzej to ona jest pokrzywdzona. Topik i Topcia bezczelnie przywłaszczyły jej rubin i nic dziwnego, czemu idzie wkurzona.  I powitana zostaje strzelbami i groźbami. Ostatecznie zdecydowała się na wymianę czegoś innego. I to nie byle czego. Muszelka w kształcie serca. Bo Buka raczej była dobra. Potrafiła obejść się ze smakiem, słuchała się innych i nie żywiła do nikogo negatywnych uczuć. Wszystko wina tego mrożącego dotyka. Choć rozumiem, czemu dzieci z mego pokolenia się jej bały. Mroczny wygląd, nieprzyjemne właściwości i naprawdę straszny głos. I to nie byle co. Niegdyś na youtube był film kompilujący dubbingi Buki z Muminków. I nasza wersja była najlepsza. Bo niemiecka wersja z buczeniem jako nieudolne naśladownictwo wilkołaka czy arabska kiepskiej podroby egzorcyzmów. C'mon, to tylko zabija straszność. A co jest najstraszniejsze w polskim głosie? Podkłada go Andrzej Bogusz. Ten sam gość grający sympatycznego Tamiego w "Gumisiach".

No, ale skoro nie bałem się Buki, to musiałem się bać Hatifnatów? Każdy kto mówił, że nie bał się Buki, to się bał Hatifnatów. Nie... Hatifnatowie byli dla mnie spoko. I o ile bukofobia jest dla mnie zrozumiała, to hatifnatofobia już nie.

To w końcu co mnie przerażało? Odcinek z opuszczonymi latarniami morskimi. Ta scena snu rozświetlającego w mrokach światła i końcowy cliffhanger  o okropnej na maksa muzyce.

Albo Lodowa Pani. Ona jest straszniejsza od Buki? Tamta chociaż miała serce po właściwej stronie. A ta? Kij wie. Nawet Buka jej się boi.

A i tak najstraszniejszy był Muminek jako król kalifornijski. Chowałem się na widok tego paskudztwa. I perspektywa Muminka pozostawienia w ciele tego czegoś? Ojojoj...

5.      Czołówka "Mikrokosmosu"

Co nudnawy artystyczny dokument o robalach może mieć przerażającego? Przecie chłopcy lubią owady i straszyć nimi swe mamy. A no ma. Czołówkę. Wielkie rozpoczęcie niczym z "Lśnienia". Nakręcony z samolotu widok dziennych chmur. Jednak bardzo przytłaczających. Ogromniasta muzyka pasująca prędzej do horroru. I ten dziecięcy śpiew rodem z upiornej kołysanki. Kto to kręcił!? Stanley Kubrick?! Wszystko się zgadza. Słoneczny dzień, zwykle otoczenie, dwie straszne dziewczynki i mamy horror. Tu mamy słoneczko, typowe chmurki i straszny głosik dziewczynki. I ja po tym mam traumę! Co jeszcze?

4.      Koszmar Maxa z "Goofy'ego na wakacjach"


A niech was szlag Disney! Który to raz się pojawiasz na tej liście?! The Happiest Place On Earth, my ass! Teraz to fundujesz smutne momenty! Nie mogłeś robisz tego za moich czasów. Tu robisz w najmniej spodziewanym momencie. "Goofy na wakacjach" to całkiem zabawny, mądry film i zaczynający się bardzo ładnym początkiem. Max ma piękne chwile z Roxanne i zaraz ma dojść do całusów, gdy na twarzy Maxa zjawiają dwa straszne siekacze. What the... I stopniowo zamienia się w wyrośniętego potwora. Tj. Goofy'ego. Dzisiaj ta scena budzi we mnie śmiech i rozumiem jej ogólne założenie, ale w kinie mnie ok. 5-letniego ja nie było do śmiechu.


3.      Czołówka "Dziewczyny z oceanu"

Sytuacja podobna jak w "Mikrokosmosie". Niby zwykła lokacja, ale... hm. Zawsze odczuwałem nienaturalny strach podczas czołówki. I winiłbym muzykę... Była dosyć niepokojąca na moje dziecięce standardy. I sceny gdy bohaterka pływała wodzie. Ujęcia kamery, pustka i kolorystka sprawiały, jakby to było coś nienaturalnego i powinienem tego się wystrzegać. A jak jesteśmy przy serialach fabularnych...

2.      "Gęsia skórka"
Teraz macie prawdziwy środek przeciw senności. Prawdziwy horror. Ten przerażacz wychował caluteńkie pokolenie. I wiecie co jest najlepsze? Wiele z tych elementów straszy do dziś. Kot Rip na przykład. O ja cie, jak ja się chowałem w momencie tego płaczliwego miauczenia. I wiele zakończeń było pozbawione happy endów. Nie! Dlaczego mi to robicie? Don Bluth mówił: "dzieci przetrwają wszystko, jak będzie miało happy end"... a tu... Nie! Au! Au!!!

Inny przykład. Dzieciak trafia na podejrzany kemping. Ludzie znikają, grasują potwory, trener posiada szemrane sekrety. Ostatecznie to był test dla naszego bohatera. Potwory były animatronicznymi kukłami, wszędzie była konspiracja, a trener okazał się jednak być spoko gościem. OK. Zjawiają się starzy dzieciaka i informują go o rządowym projekcie mającym go przygotować do groźniejszej wyprawy w jakieś złe miejsce. Dobra, to co? Somalia? Honduras? Syria? Albo inna planeta. No dalej! Wiem, co chcecie zrobić. Zawsze tak robicie.

I zgadłem. Rodzice każą dzieciaków spojrzeć w niebo. Na niebie jest planeta, do której się udadzą. To jest... planeta Ziemia... Co????!!! To gdzie to się dzieje?!! Czy oni... O mamusiu, o mamusiu...

I tak najgorszy był odcinek o niewidzialnym chłopcu. Co okazuje się? Dzieciak był taki, w ochronie przed kosmitami, którzy wysłali ludzi do jakiegoś międzygalaktycznego zoo. A główny bohater i i jego rodzice to owi kosmici, którzy mają oczy i usta z tyłu głowy. O ja cie... I okropnie uśmiechają. O nie. Niewidzialny chłopiec siedzi skulony, a trzy przerażające kosmiciaki z chichotem podchodzą do niego. Na ścianie widać złowrogie cienie. I koniec... Mamo!!!!!!!!!!!!!!!    



I w końcu:



1.      Potwór ze "Szkarłatnego Kwiatu" 


Zaskakująco to jest straszniejsze od "Gęsiej skórki".  Straszniejsze od Disneya, Mikrokosmosu, cholernych mord z potylicy... Po kolei. Radziecki "Alenkij cwetoczek" z 1952 roku to urocza animacja będąca wariacją nt. Pięknej i Bestii. Tła i technikalia są prześliczne, najlepsze oddanie rotoscopingu, przyjemny bajowy świat, dobry voice-acting i najbardziej przerażającą kreaturę ever. Bestia w innych wersjach baśni nigdy nie wydawał mi się straszny. Dajemy formę drapieżnego, groźnego zwierzęcia? Takie coś widzę w zoo i z wyglądu nie wygląda na straszne. Bestia z Disneya? Poszedłbym z nim na piwo, a straszniejszy to był w ludzkiej formie. A tutaj! W życiu tego czegoś kijem nie tknął! Nie przypomina mi żadnego zwierzęcia. Ni to małpa, ni to człowiek. Powolne poruszanie. To nawet nie ma ust. A oczy jak u owada... Pomaga także świetny dubbing Michaiła Astangowa. To chyba jeden z najlepszych strasznych głosów w historii kina. Przebija nawet Johna Hurta w "The Black Cauldron". A polska wersja? Jarosława Boberka chyba dali pewnie dlatego, bo jako jeden z niewielu potrafiłby wcielić się strasznego potwora i przystojnego księcia na raz. Pewnie wiele radzieckich (i rosyjskich) dzieci nie mogło zasnąć po scenach z jego udziałem. I jak chcesz zrobić straszna postać w czymś dla dzieci, polecam obejrzeć. Nie zawiedziesz się.

piątek, 31 października 2014

Rodzime tradycje kontra nowości

Pewne rzeczy się nie zmieniają.
Od dłuższego czasu planowałem zrobić taki obrazek. Znając mentalność niektórych Polaków, 1000 lat temu mogło być podobnie. Zwłaszcza ówcześni kapłani (żercy / wołchwowie) niechętnie patrzyli na chrześcijan, a św. Wojciech to w ich oczach był bluźniercą. Ponoć w pewnych miejscach Słowiańszczyzny był ban na praktykowanie wiary Chrystusa.

A obecnie jedyne poważne zagrożenie z Halloween to możliwość wyrośnięcia nowego narybku windykatorów.

Przy okazji... Wesołego święta Halloween (i Wszystkich Świętych)!    

środa, 29 października 2014

The Secret of Anastasia (1997)


The Secret of Anastasia / Anastazja
Rok: 1997
Kraj: USA 
Wytwórnia: Schwartz & Company / Animation Ink, Inc. / Hong Long Studio
Producent: Bill Schwartz, Winnie Chaffee (producenci), Jerry Pettus Jr. (producent wykonawczy), Eleanor Kearney (nadzór produkcji)
Reżyseria: Lee Lan
Scenariusz: Bill Schwartz, Mark Zaslove
Muzyka: John Campbell (ścieżka dźwiękowa), Megan Cavalieri (piosenki)
Fabuła: Anastazja i jej gadające instrumenty uciekają przed bolszewikami
Obsada:
John Beach... głos
Lisa DeSimone... głos
Earl Hammond... głos
Cynthia Harris... głos
Barbara Jean Kearney... głos
William Meisle... głos
Robert Petkoff... głos
Kelli Rabke... głos
Roger Raines... głos
Jere Shea... głos



Szczerze powiem, że jestem przeciwnikiem przerabiania historii powszechnej, znanych poważnych (i często ciężkich) utworów na animowaną modłę dla dzieci. I to często z elementami fantastycznymi typu gadające coś, zmieniania się fabułę na lżejszą. Zwykle to źle się kończy. OK., disneyowską „Pocahontas” uwielbiam m.in. za świetną animację, a sequel dobitnie pokazał, że trzymanie się faktów historycznych było błędem. „Dzwonnik Notre Dame” też od Myszy – bardzo różny od prozy Hugo –to dobre kino i jeden z niewielu filmów tej wytwórni traktujący o religii. Choć można to potraktować jako wypadki przy pracy, bo w/w tytuły też były mielone na tanie bajki dla dzieci i były gwałtem na młodszych i starszych widzach. Ale miałem tu rozprawiać o księżnej Romanownej. „Anastazję” Dona Blutha średnio lubię, niekiedy irytowało przeinaczanie historii (ale rozumiałem) oraz ta nieznośna maniera podrabiania Disneya. Jednak „Anastazja” była wyposażona w wspaniałą animację, pamiętne piosenki, a car Mikołaj II wyglądał jak car Mikołaj II i nie był... Dobra! Zaczynajmy od początku. Może kiedy innym razem w pełni dokończę moje refleksje nt. przerabiania dorosłych materiałów na dziecięcą modłę.
Mamy sielankowy obrazek pałacu carskiej rodzinki (Nie jest to Pałac Zimowy – sprawdzałem), a  narrator objaśnia o co chodzi. Widać, że robi to po raz pierwszy. Nie będę go winił, że dali mu na początek bujdę, że car i carowa mieli trójkę dzieci – Aleksego, Tatianę i naszą Anastazję. Co z Olgą i Marią? Nie wiem... Aleksandra miała je jednak z Albertem Wiktorem, dlatego je pominęli. Narrator mówi nam, że carska rodzinka żyłaby długo i szczęśliwie, gdyby nie przeszkodzili ci wstrętni bolszewicy z tą swoją rewolucją. Proszę zwrócić uwagę na dobitne pokazanie narodzin okrutności komunizmu! Te cienie maszerującego wojska, uciekających randomów i płaczącą Anię za Frankiem Józefem, który dziwnie się roztył i zmartwychwstał. No nic. Narrator zrozumiał, w co się wpakował i dał se spokój. Jednak ja będę dzielny.
Po karcie tytułowej mamy rozwalony pałac carski. Patrzy na niego główny zły – paskudny Czekista w czapce z czerwoną gwiazdą, który jest tak zły, że zasłania mordę czerwoną chustą i ma wygolone brwi. Jak każdemu złolowi towarzyszy głupkowaty przydupas, który ma za zadanie rozśmieszaniem rozluźnić sceny z jego szefem (by dzieci się nie bały), a przy okazji wkurzać widownię swoja obecnością. Ma na niekojarzące się nazwisko Goofinoff. Tak samo każdemu złolowi towarzyszy złe zwierzątko – tutaj mamy kruka, który przy każdej okazji upokarza Goofinoffa. No chyba się nie spodziewaliście gołębia lub wróbla? Czekista jednak musi mieć wrażliwe serducho, bo odczekuje, aż Anastazja odśpiewa swój wokalny numer. Ma swoją własną orkiestrę – żywe instrumenty. Oczywiście na historii uczyli was, że Anastazja mieszkała z gadającymi instrumentami muzycznymi.
Ania nic nie pamięta ze swej przeszłości, dodatkowo ma problemy emocjonalne. Mama-harfa próbuje ją podnieść na duchu, że ma swoje ukryte „ja”, żeby nigdy nie mówiła „nigdy”, ale Czekista przerywa ten edukacyjny wywód i wprasza się ze swoimi oprychami do naszych bohaterów. Bohaterowie uciekają barykadując drzwi meblami i poduszkami, Goofinoff rzuca nawet zabawny tekst, Czekista jest zły, a sytuacja tragiczna. Co robimy? Użyjmy firanek jako liany, a gdy czekiści odetną ją szablami, to odlecimy na 500 km. Może to jest niemożliwe, ale Ania uciekła od zgubnej ideologii Marksa!
Podróżując pociągiem Ania beczy, że nigdy nie zobaczy swojego, niebezpiecznego, zaniedbanego pokoju. Wtem z kufrem wydobywa się głos mężczyzny, który nie może znieść płaczu niewiasty i próbuje leźć na ratunek. W końcu udaje mu się wydostać z kufra i okazuje się to być Władymir, były generał carskiej armii. Wtedy to mieli generałów - udawało się zmieścić rosłemu gościowi w przymaławym kufrze i bez zniszczenia mundura. Generał rozpoznaje w niej księżną Anastazję i przekonuje ją, by pojechała z nim do Kopenhagi, by udowodnić swoje racje i wziąć majątek Romanowów i podzielić się z nim tym majątkiem. Ania  od razu się zgadza. Biedactwo nie pomyśli, że koleś może kitować. Bo gość jest wyraźnie starszy, ma wąsy, zna sztuczki Houdiniego – to nie typ kreskówego księcia bajki, który zejdzie się z heroiną! Instrumenty nie wpadną na to, a ostrzec nie mogą, bo zniknęły swoje twarze. A źle, bo podejrzany generał, któremu zależy wyłącznie na jednym, zobaczył te gadające instrumenty z twarzami sfiksowałby i nie ma natręta.
Po wyjściu z pociągu generał jako juczny osioł i Ania idą piechotą do Kopenhagi i lokują się w hotelu. „Rodzinka” bohaterki panoszy po pokoju, a że jest arystokratycznym pasożytem to robi co chce i zamawia najlepsze jedzenie w hotelu (Nie chcę wiedzieć jak instrumenty wydalają). Obsługa nabiera podejrzeń, że barów jest pięć, a osoba jest jedna. W końcu Władek postanawia ukrócić samowolę i zmusza swoją ofiarę do treningu przy okazji śpiewając numer muzyczny, który nikogo nie interesuje.  Myliłem się co do gościa. Nie cacka się z Anką, jest twardym realistą, ma jakieś motywacje, nie próbuje naśladować nieudolnego rosyjskiego akcentu, no i ma wąsy! Właśnie. Zauważyliście, że w tych wszystkich animacjach dla dzieci protagonista/męska miłość jest gładko ogolony? Brody, wąsisk nie uświadczymy. Nawet, modnego teraz, trzydniowego zarostu. A i protagonista to zwykle piękny model z żurnala do ok. 25 życia. Tutaj generał Władek nie tylko ma zarost, a i wygląda... ja wiem... na czterdziestkę. No, przynajmniej tu innowacja.
Ubrana i umyta Anastazja trafia na bal duńskich pasożytów wraz z Władkiem i rodzinką. Toboły jednak nie zapomniały zniknąć swojej twarzy i szeptają między sobą, ale generał tego jakoś nie zauważył. A no tak! To Rosja. Ojczyzna Kościejów, Bab Jag, żar-ptaków i koników garbusków. Więc mówiące instrumenty z twarzami nie zrobią na moim ulubieńcu wrażenia. Ale wróćmy do Ani, próbuje robi dobre wrażenie na pasożytach, ale wkurzający jak cholera kurduplowaty ważniak z wadą zgryzu psuje to i już wie, że to n-ta oszustka. Władek prosi go, by dał jej szansę, ale nie! Ważniak wie lepiej! To oszustka i basta! On jest Jaśnie Arystokracja i wie lepiej! Przecież umie polować na lisy i jeździć konno. Zmotywowana przez tubę z wąsami dziewucha nie daje się ważniakowi i udowadnia swe racje! Arystokracja traci wątpliwości i wszyscy są happy! Przy okazji możemy się dowiedzieć o modzie XX-lecia międzywojennego. Np. arystokracja jeszcze nosiła XVII-czne szustokory i XIX-wieczne stroje dandysów.
I na scenę wkracza pedałkowaty książę Paul, któremu służy... Goffinoff. Tak. Ten Goofinoff, od Czekisty! Koleś służy jako... książęcy służący. Co?! Działa on dwa fronty?! Chociaż może ma brata-bliźniaka? Ale z kolei jest kruk z Czeki, który należy do Paula. Dobra, kruki wyglądają tak samo, więc może to jakiś inny. Dobra streszczajmy się, bo nigdy nie skończę mojego wywodu, a całość trwa niewiele ponad godzinę. Bubek się zaleca do Ani, generałowi to się nie podoba. Nie dziwię się mu, ten blondasek nigdy nie czuł pewnie woja i wąsiki jakieś ma nędzne. 
W końcu po kłótni z Anką i idzie dalej szukać prawdziwego wypełnienia po rewolucyjnej pustce, ale zbiry Czekisty spuszczają mu łomot. Ale Anka ma to gdzieś i udaje się do swojej babci, hrabiny Tremaine z „Kopciuszka”. Początkowo ta jest sceptyczna, ale Anka śpiewa znaną jej piosenkę i wiedząc, że to ona – decyduje ją hajtnąć z Paulem.
Pobicie Władka przez tajną policję okazało nie wnieść nic do fabuły, bo Władek ma podbite oko i plaster na policzku, mundur ma cały i ma się dobrze. Jest słusznie wkurzony z pomysłu hrabiny Tremaine argumentując, że księżulek to niewiadoma dla jego przyszłej żony. Co na to Anka? On jest księciem, a ona księżniczką, więc musi być ślub! Ty kretynko! Generał ma rację! Nic nie wiesz o swoim księciu z bajki! Może to cham większy od wieśniaka? Może chrapać w wyrku? Może bić cię, a nic mu nie zrobią? Może woli ptaki? Ale nie! Oboje jesteście arystokracja! Ci bolszewicy mieli rację z tym mordem elit! A żeby Czekista wysłał ją na rozmowy z Dzierżyńskim! Władek idzie po rozum do głowy i zrywa z tą idiotką. Nawet instrumenty widzą, że coś jest nie tak (przy okazji pryszczaty akordeon kradnie żarcie w kuchni, ale nie obchodzi mnie).
Niestety idiotka za późno wykrywa swój błąd, bo czekiści ją porywają do jakiejś ciupy, a UWAGA!!! PRZEŻYJECIE SZOK STULECIA!!! TWIST WIĘKSZY NIŻ OJCOSTWO DARTHA VADERA!!! Czekista okazuje się być księciem Paulem, bo prawdziwy gdzieś zaginął! Tego się nie spodziewałem :P! Wyjaśnia to Ance podczas kiepskiej piosenki. Po szoku związanym z gadającymi instrumentami Władek dostaje od nich reprymendę, że olewa Ankę i musi ją ocalić. Halo! Władek zainteresował się tym, że Panna Księżniczka została uprowadzona, a policja ma to gdzieś! W dodatku Panna Księżniczka zwymyślała go, że myśli o sobie! Tak! Koleś niosący toboły, załatwiający jej hotel i próbujący jej pomóc w przekonywaniu pasożytów to typ samoluba! Też bym powiedział „Pieprzyć to! Idźcie do Paula”! Ale akordeon wyśledził spisek Paula/Czekisty i Władzio jednak mięknie.
Dają popalić bolszewii, ale rzeka do której wpadli Władymir i Czekista okazuje być tak brudna, że nasz Hero umiera. Ale okazuje się instrumenty zostały opanowane przez dusze jakichś łebków podszywających się pod carską rodzinę i dzięki ich motywacji i piosence Władzio zmartwychwstaje i żyje szczęśliwy żywot z Anką, narrator zrozumiał, ze musi skończyć ten bajzel. Ti end!
 Mimo iż po filmie jechałem jak po łysej kobyle, ale nawet taki zły nie był. Powiem,
że z tych wszystkich animek straight-to-VHS/DVD/torrent/youtube ta należy do lepszych, jak nie najlepszych. Dobra, animacja jest typowa dla takich tanioch, czyli kiepska, a głosy są wymawiane bezjajecznie, często nie pasują (Momentami silą się na rosyjski akcent, a czasami mówią normalnie po amerykańsku i nie wtrącą „daswidania” czy „Job twoju mać”), wątek z tożsamością Czekisty jest mało subtelny i nawet dziecko się domyśli co i jak, a na próbę odwzorowania historii nie ma co liczyć (CZEPIALSKI HISTORYK MODE ON: Bo dlaczego Mikołaj II wygląda jak Franciszek Józef? Dlaczego Alicja Heska jest gorąca blondynką? Gdzie podziały się Olga i Maria? Dlaczego arystokracja nosi przedpotopowe ciuchy? Czemu Pałac Zimowy wygląda jak nie Pałac Zimowy? Od kiedy kruki mają zęby i zielone dzioby? CZEPIALSKI HISTORYK: MODE OFF). Choć z animowanych opowieści o Anastazji najwierniej oddaje fakty historyczne.
Jednak dzieciom bym to puścił, bo im na pewno się spodoba i będą do tego wracać. Fabuła nawet trzyma się kupy, gdyby wątek tożsamości Czekisty był subtelniejszy, to jest bardzo dobry,  postacie sympatyczne, ogląda się bezboleśnie, jest krótki i w sumie dobrze, że tym razem złym w tej wersji są komuniści, a nie jakiś brodaty lizus.
Muszę przyznać też jedno – generał Władymir to najfajniejsza postać, bardzo dobrze nakreślona wg najlepszych standardów. Jestem całkowicie poważny. Głos ma dobrze podłożony, facet ma charyzmę, sumiaste wąsy dodają mu 1000 pkt. do zajebistości, ma niejednoznaczne motywacje. Chce egoistycznie forsy, ale powodu tego, że stracił wszystko po rewolucjach w Rosji. I zasługuje na kogoś lepszego niż Anastazja, bo ta ta najniefajniesza postać to niemota, która bez nikogo by nie poradziła i odrzucająca prawdziwą miłość dla jakiegoś gogusia! Bo jest księciem, a ona księżniczką! A idź ty babsztylu! Niech żyje rewolucja!  

Cytatik: - Otwierać! Tu Czeka!
- Tak, Czeka! Nie sąsiad, nie odwiedziny, nie dostawca pizzy, nie… auć! Dobrze…


czwartek, 23 października 2014

Pierwszy post

Eehm... tak. Powiem szczerze, w wymyślaniu przedstawień dobry specjalnie nie jestem.

Zakładam tego blogaska, by Was zanudzać swoimi recenzjami, rankingami i podobnym szajsem dot. filmu. Może od czasu do czasu będę zarzucał tematy niezwiązane z filmem i bede nachalnie narzucal swoje ego. W końcu to mój blog, na prywacie mogę robić o czym zamarzę.

No to zaczynajmy, koty za ploty, połamania nóg, arrivedercci i do przodu Alleluja!

Z poważaniem Paweł Lisowski