wtorek, 30 czerwca 2015

Tajemnica zaginionej skarbonki

 

Cartoon All-Star to the Rescue / Tajemnica zaginionej skarbonki
Rok produkcji: 1990
Produkcja: USA
Producent: Buzz Potamkin (producent), Andy Luckey, Roy Allen Smith, Diane Steinmetz (współproducenci), Roy E. Disney (producent wykonawczy)
Wytwórnia: Southern Star Productions / Academy of Television Arts and Sciences
Reżyseria: Karen Peterson, Milton Gray, Marsh Lamore, Bob Shellhorn, Mike Svayko
Scenariusz: Duane Pool, Tom Swale
Muzyka: Paul Buckmaster, Richard Kosinski, Robert F. Mann, Guy Moon, Bill Reichenbach, Sam Winans (ścieżka dźwiękowa), Alan Menken, Howard Ashman (piosenki)
Fabuła: Hipokryci prześladują poczciwych ćpunów
Obsada:
Jason Mardsen... Michał (głos)
Lindsay Parker... Kasia (głos)
George C. Scott... Dym narkotykowy (głos)
Jim Cummings... Kubuś Puchatek / Tygrysek (głos)
Jeff Bergman... Królik Bugs / Kaczor Daffy (głos)
Paul Fusco... ALF (głos)
Frank Welker... Kermit / Smerf Osiłek / Slimer (głos)
Laurie O'Brien... Świnka Piggy / mama (głos)
Russi Taylor... Gonzo / Hyzio / Dyzio / Zyzio (głos)
Townsend Coleman... Michelangelo / tata (głos)
Ross Bagdasarian Jr.... Alvin / Simon (głos)
Janice Karman... Theodore (głos)
Lorenzo Music... Garfield (głos)
Don Messick... Papa Smerf (głos)
Danny Goldman... Smerf Ważniak (głos)
Joey Dedio... rudy kolega Michała (głos)
Georgi Irene... różne głosy (głos)
Aaron Lohr... różne głosy (głos)
DUBBING:
Tomasz Kozłowicz... Michał
Joanna Jabłczyńska... Kasia
Paweł Szczesny... Dym narkotykowy
Jan Kociniak... Kubuś Puchatek
Krzysztof Tyniec... Królik Bugs
Roman Szafrański... ALF 
Krzysztof Kołbasiuk... ALF (śpiew) / Garfield / lektor
Włodzimierz Press... Kermit
Małgorzata Drozd... Świnka Piggy
Monika Wierzbicka... Świnka Piggy (śpiew) / Alvin
Mirosław Wieprzewski... Gonzo
Joanna Wizmur... Hyzio
Miriam Aleksandrowicz... Dyzio
Ilona Kuśmierska... Zyzio
Zbigniew Suszynski... Michelangelo
Dariusz Odija... Michelangelo (śpiew)
Anna Apostolakis... Simon
Izabella Dziarska... Theodore
Piotr Gogol... Garfield (śpiew)
Stefan Knothe... Kaczor Daffy
Wieslaw Michnikowski... Papa Smerf
Mieczysław Gajda... Smerf Ważniak / Smerf Osiłek
Arkadiusz Jakubik... Slimer
Jacek Czyż... Tygrysek
Małgorzata Sadowska... mama
Andrzej Butruk... tata
Janusz Zadura... rudy kolega Michała
Andrzej Krucz... czarny kolega Michała
Beata Kawka... koleżanka Michała



               "W narkotykach nie ma nic ciekawego." - powiada żaba Kermit w omawianym dzisiaj filmie. Osobiscie kłóciłbym się z tym zdaniem, bo Witkacy tworzył fajne rzeczy po zażyciu narkotyków, a powszechnie chwalony komiks "Doctor Strange: A Separate Reality" powstał dzięki jazdom LSD, nie wspomnę o różnej muzyce z lat 70, a zapewne wiele jego kolegów po fachu powstało po zażyciu pewnych odurzających substancji. Ale w latach 80. "autorytety" wiedziały lepiej...
               Wtedy rozgorzała się w Stanach Zjednoczonych szeroka kampania anty-narkotykowa "Just Say No", gdzie zachęcano młodzież do porzucenia narkotyków i przekonania jej o szkodliwych przyczynach tego nałogu,  a zaangażowane były takie osobistości jak ówczesna Pierwsza Dama Nancy Reagan, Clint Eastwood, La Toya Jackson czy Whitney Houston (o ironio...). Echa tego odbiły się w telewizji, gdzie puszczano propagandowe spoty, a takie seriale jak "Punky Brewster" czy "The Flintstones Kids" miały epizody poświęcone tematyce szkodliwości narkotyków.
               W tym wszystkim znalazł się animowany anty-narkotykowy film edukacyjny, który puszczały wszystkie ważniejsze amerykańskie stacje w tym samym czasie. Ten sam wykonały ruch stacje telewizyjne w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Polsce. I to nie byle jaki, bo w jednej kreskówce miały wystąpić postacie z najważniejszych kreskówek tego okresu: Żółwie Ninja, Garfield, Alvin i Wiewiórki, Smerfy, postacie z Disneya i Looney Tunes, etc. No jak lepiej zachęcić podniecone dzieciaczki? Nawet gdyby tematyka byłaby zupełnie inna to taki crossover przyciągnąłby zgraje dzieci przed telewizor. I coś w tym jest, bo amerykańskie zapowiedzi nawet nie wspominały słowa, o tym że crossover będzie dotyczył narkotyków. A głównymi postaciami będą stworzone na potrzeby tej produkcji nudne taśmowe, banalne postacie, a dziecięcy ulubieńcy będą działać mniej więcej na tej samej zasadzie, co gościnne występy w "Kto wrobił Królika Rogera" czy "Ralphie Demolce". Piękne po prostu, dajmy wabik na dzieci, wiedząc, ze guzik będzie obchodzić pouczanie o dragach, ale za to będzie wysoka oglądalność i będzie się mówić o uświadomieniu dzieci o narkotykach! Jakie czyste intencje!
               Coś w tym musi być, bo pamiętam, że za pierwszym razem szczerze nie obchodziło mnie o co tam chodzi, bardziej mnie pasjonował zastęp wszystkich postaci z programów dla dzieci, jakie namiętnie oglądałem w tym czasie. Co mnie obchodzi przesłanie? Ja widzę Smerfy i Kubusia Puchatka razem! To jest ciekawsze! Co jest? Mam śledzić losy tego leszcza Michała? Ja go nie chce! Dawać mi tu Garfielda! Co mnie obchodzi jęczenie jakiejś Kasi! Przypomina mi ta irytującą Ankę z IIC, co ciągle skarży się pani! O! Michelangelo! Mój ulubiony! Co? Mój bohater mnie poucza?! Zdrajca jeden...
                Pamiętam, iż podobało mi się. Do tej pory gdzieś w rodzinnym domu jest kaseta VHS z nagranym materiałem z TVP2. Uważałem, że to całkiem pouczające (te czasy, gdy każdy demonizował narkotyki i nikt nie miał do czego się odnieść), wzruszające i sympatyczne. Ale teraz widzę jaka to jest ohydna propaganda pełna hipokryzji, nielogiczności i niefajnych zachowań, a nie mam tu na myśli próby przerobienia siostry głównego bohatera na konfidenta.
                No dobra, ale o czym w końcu jest fabuła? Opowiada o nastolatku imieniem Michał, który ma problem z narkotykami. Wszystko to podejrzewa jego młodsza siostra Kasia, która ma opory, by nakablować o tym rodzicom, którzy są tak ślepi, ze z ich synem coś dzieje nie tak, a złe przeczucia córki kwitują - każdy nastolatek zachowuje się dziwnie. Zaniepokojone tym wszystkim  kreskówkowe postacie postanawiają pomóc Michałowi w rzuceniu narkotyków. Niestety, Michałowi towarzyszy zantropomorfizowany dym narkotykowy, który za wszelka cenę próbuje torpedować działania pozytywnych bohaterów.
               Co do złego dymu. Czy rzeczywiście potrzebny jest tu czarny charakter? Jakby same dragi nie wystarczyły? A jest mowa o tym, że wziął to od swoich kolegów. A to nie jest takie niewiarygodne. I pokazuje, że za narkotykami nie musi stać żaden zły diler i taka sytuacja może przydarzyć się każdemu. I chłopak co chwila próbuje się samemu usprawiedliwiać. Co również jest wiarygodne. Niestety widz musi się męczyć jak Dym próbuje użerać się z innymi. I mam problem. Pojawia się, gdy Michał obraca się wśród swych podejrzanych kolegów. Nikogo nie dziwi obecność gadającego dymu papierosowego w garniturze i z ryjem Jokera z "Azylu Arkham" Granta Morrisona. No dobra, wszyscy są na haju. Ale... wszyscy jak jeden mąż ufają kreaturze, która ma wypisane zło na mordzie? No dobra, wszyscy są na haju. Ale jeśli przyjmiemy, że ten Dym fizycznie istnieje, a oni jednak nie są na haju i nic nie robią z tego faktu...
               W dodatku pojawia się pewna nielogiczność. Gdy Michała jest w nawiedzonym lunaparku, wszystkim operuje nasz Dym będący jego "szefem", a w tym samym czasie TEN SAM Dym próbuje przekabacić Kasie na swoją stronę!
               O antagoniście jeszcze wspomnę, teraz skupmy się na gościnnych występach. Niektóre z nich nie ma sensu. Smerfy właściwie nic nie robią konkretnego (ba, Smerfetka występująca na okładce VHS nawet nie pojawia się w samym filmie), Slimer z animowanej wersji "Pogromców Duchow" pojawia się na moment i tyle go widzimy. To samo Tygrysek od Puchatka. Dodani chyba zostali na zasadzie, "som najpopularniejsze, to wrzucimy se". Najgorszym przykładem jest Michelangelo z Żółwi Ninja. Dlaczego tylko jeden? Co, reszta jest na odwyku? Jak czytam, został wybrany na reprezentanta Żółwi Ninja z powodu największej bazy fanów. Moim zdaniem bardziej by pasowali Leonardo, jako ten najbardziej zachowujący się praworządnie, albo Donatello także o dobrej opinii  o dość rozleglej, naukowej wiedzy i mający wiadomości o negatywnym oddziaływaniu narkotyków. A Michelangelo to najbardziej nieodpowiedzialny i beztroski żółw z całej czwórki, najprawdopodobniej to on najszybciej zacząłby palić trawkę i głos ma jakby wyjarał czegoś za dużo. Potem gdy oglądałem to na imprezie ze znajomymi z uczelni, kumpela odparła mi, iż to działa to na zasadzie, by ten najbardziej wyluzowany opowiadał o niebezpieczeństwach, bo pokazuje, że nawet taki luzak wie, gdzie jest granica. Niby racja, ale dalej nie jestem przekonany. To tak jakby komiksomaniak narzekał, jakie te komiksy są głupie. Jak jesteśmy przy wątku, to występuje również Garfield, wiecie, uosobienie Siedmiu Grzechów Głównych i bardziej pasowałby tu Prosiak Orson, ale jak wspominałem: "popularity bitch!"
               Co najgorsze, przy tych występach panuje nieznośna dydaktyka. Bardzo nieznośna! Postacie cały czas robią wielkie larum "Łojojojoj! Używasz - przegrywasz! Powiedz nie! A co to? Skręty?! Mam donieść odpowiednim organom?!", niektórzy z nich jak Bugs czy Michelangelo są agresywni w tonie. Pod koniec cały tabun postaci otacza Michała i wtłaczają mu swój umoralniający bełkot, że jego końcowe "Jak się stad wydostać!?" i nagły wybieg do nagle zjawiających się drzwi odbieram jako zwianie od tego ciągłego jęczenia ku zaskoczeniu wszystkich zgromadzonych (spójrzcie w tym momencie na reakcję Michelangela).
               I omówię tu piękny morał. Brzmi on: Jak dzieciaczku nie odstawisz narkotyków, to... Ooo... miej się na baczności. Twoi dotychczasowi ulubieńcy wykażą się okrucieństwem i zrobią ci z pupki jesień średniowiecza. Najlepiej widać to podczas wizyty w nawiedzonym lunaparku. Siostrzeńcy Donalda z lubością starają się zabić Michała na różne sposoby, kiedy ten tonie Tygrysek i Piggy zamiast mu pomoc, jak gdyby nic machają mu i niech nie zwiedzie was rzucony przez nich ponton. Ponton przygniata Michała, żeby ten utonął, a w innym momencie widać Kubusia patrzącego na niego z mina "Aha.". W tym momencie jeden z moich znajomych zasugerował, że w tej scenie pasowałyby Ogry z "Gumisiów". Właściwie w tej scenie powinny się znaleźć jakieś negatywne postacie (skłonne do robienia złych rzeczy)! A zamiast tego... Boże, co oni ćpali przy pisaniu scenariusza?! Ktoś powie: "Ale zaraz. Mówiłeś, że w tym lunaparku rządzi Dym. Przecież jako mistrz manipulacji i narkotykowych wizji mógł specjalnie ustawić jako katów kreskówkowe camea, by przekonać Michała do swoich racji". I szczerze, dałoby się to obronić. Gdyby nie to, że KRESKÓWKOWE POSTACIE WYKAZAŁY SIĘ BRAKIEM EMPATII ZNACZNIE WCZEŚNIEJ!
               Najpierw Mapeciątka, gdy mózg Michała (nie pytajcie) zaczął się walić jak budynek, uciekły zatrzaskując drzwi przed Michałem zostawiając go na pewna śmierć! - Michałku. Bardzo nam na tobie zależy. - mówi Piggy pod koniec. Wiesz, gdzie możesz wsadzić te obłudne troski?
               Jedna laska ucieka z skradzionym portfelem Michał, a ten za nią w długą. W tym momencie zjawia się Michelangelo. Czy jako ten dobry pomaga Michałowi odzyskać portfel? Nie, przeszkadza mu w zdobyciu własności (można to potraktować jako współudział w przestępstwie), wrzucając go do kanałów i gniewnie go poucza, a następnie spuszcza go jak w kiblu w śmierdzących, zatrutych ściekach, które pewnie są bardziej szkodliwe dla zdrowia niż parę dymków z marychy.

ALF zmusza niechętnego do współpracy Garfielda grożąc mu śmiercią (- Powiem inaczej.  Pomożesz  albo zrobię z Ciebie kotlet. - nic nie zmyślam! taki jest cytat z polskiej wersji. W oryginalnej wersji jest to samo!). Z kolei Alvin zostaje zmuszony do pomocy przez swych braci SIŁĄ . I kolejny piękny morał. Jak nie chcecie komuś pomagać, to wasi przyjaciele przymusza was do pomocy, przez co wasz ruch nieważnie jak słuszny, będzie nieszczery i zaprzeczający idei bezinteresownego chylenia czoła ludziom w potrzebie.
               W jednym komiksie z Punisherem "Witaj Ponownie, Frank" był motyw samozwańczych mścicieli walczących ze złem zainspirowanych jego działaniami. Ten ich znalazł i wytknął im hipokryzje mówiąc: "Ty jesteś obłąkany, ty jesteś faszysta, ty zabijasz niewinnych ludzi". W tym ścierwie powinien ktoś taki się pojawić i tym świętojebliwcom wytknąć im coś podobnego. Bo co mamy?

- O Puchatku i reszcie od dawna krążą kawały o ich fatalnym stanie mentalnym. Z kolei Puchatek, po swym uzależnieniu od miodu kończącym się narkotykowym tripem w swym ostatnim filmie, to ostatnia osoba, która powinna kogoś pouczać o uzależnieniach (w dodatku śpi w samym t-shircie, bez spodni z małą dziewczynką ;));

- To samo Królik Bugs, który jest chyba najbardziej namolny. W 19. odcinku "Looney Tunes Show" uzależniony jest od kofeiny, przez co jest nadpobudliwy i wobec zakazu lekarskiego szybciutko znajduje zamiennik od podejrzanego typka (Yosemite Sam) o nazwie "Spargle", a po dłuższym spożytkowaniu zachowuje się jak rasowy ćpun, stanowi zagrożenie dla otoczenia i drze "DAWAJ MI SPARGLE'A!". Przy okazji, jaki przeciętny, zbuntowany dorastający nastolatek trzyma w swoim pokoju plakat z Looney Tunes?;

- Daffy zachowuje się jakby był na speedzie. I na pewno, gdyby miałby w tym interes, to raz dwa zostałby dilerem. Tutaj występuje jako wróżbita. A raczej szarlatan, bo rzekomo myli kule do kręgli z tą kryształową, a na miejscu Michała po czymś takim wątpiłbym w przyszłość zmiany w zielonego truposza po przedawkowaniu narkotyków;

- Smerfy jak każdy wie to komuchy;

- ALF podczas wspólnego numeru muzycznego rozwala mur i tym sposobem niszczy dobro wspólne i namawia do wandalizmu. Aha, postuluje napierdalanie krów młotkiem;

- Garfield obżera się i jest leniwy;

- Slimer jest tak samo żarłoczny;

- Alvin to zapatrzony w siebie egocentryk, który olewa wołanie o pomoc, bo myśli, że chodzi o łowcę autografów. Naganne zachowanie jego braci wcześniej opisałem;

- Siostrzeńcy Donalda kupili mu bez wyrzutów sumienia cygara (NOTKA: wcześniej zamiast nich mieli być Mickey, Donald i Goofy, ale ktoś chyba zczaił, że wcześniej Mickey i Donald palili i robili niekoniecznie poprawne politycznie rzeczy, a Goofy beczał "Daj pan fajkę! Papierosa! Skręta! Dymka! Peta! Szluga! Niedopałek! Cygaro! Sam tytoń!");

- Michelangelo to maniak niespecjalnie zdrowych pizzy i telewizora, a jego imiennicy - Michał Anioł i Caravaggio to byli zadufani w sobie cholerycy, a to nie jest dobry role-model dla dzieci;

- Mapeciątka są w wieku przedszkolnym, a tak rozległa wiedza o działaniu dragów w tym wieku nie powinna być obecna;

               I w zasadzie najbardziej pozytywnym, uczciwym i najmądrzejszym życiowo bohaterem jest... sam Dym. Zobaczmy, niemal cały czas towarzyszy Michałowi, nie opuszcza go podczas walącego się mózgu, a jak muszą się rozdzielić zostaje podana cenna rada: "Przykro mi mały! Każdy musi liczyć na siebie.". W międzyczasie staje w obronie Michała na zarzuty innych. I gdy Kasia z nim rozmawia, słusznie wytyka, iż pluszowy misiek w dupie był i gówno widział, a on jednak podróżował po świecie i ma więcej wiedzy. I co działa jeszcze na jego korzyść, to... jakimś cudem niewinne postacie z wyidelizowanych światów nagle są bogaci w wiedzę o narkotykach. O nielegalnych psychotropowych substancjach. Prawdopodobnie z nich połowa mogłaby powstać przy udziale nielegalnych substancji. O tym czym są narkotyki dowiedziałem się w dzieciństwie dzięki temu edukacyjnemu filmowi! I pewnie nie ja jeden. Czyli tak, rzecz strasząca o groźbie narkotyków zapoznaje młodocianych widzów z narkotykami, o czym w tym wieku nigdy by się nie dowiedzieli, a ci bardziej zbuntowani nie zainteresowali. A jeszcze inny dzieciak pomyśli, że jak zapali zioło to pojawi się jego ulubieniec z telewizji. Czemu nie? Skoro różne autorytety wmawiają, że dziecko zabije ludzi małpując jakiś brutalny serial z Cartoon Network, to taki scenariusz nie jest nieprawdopodobny! W dodatku najbardziej niewinna rzecz dzieciństwa Kubuś Puchatek mówi "Nie zabijaj go". Kubuś mówiący słowo "zabić"?! Co za zrujnowanie dzieciństwa!
               Jak wspomniałem, w Polsce niemal wszystkie stacje wyemitowały w tym samym czasie, kiedy u nas tematyka narkotyków zaczęła być na topie. Wikipedia podaje, iż Polsat puścił to 15 minut później z powodu reklam. Sam to pamiętam, gdyż udało mi obejrzeć ponownie część filmu na Polsacie. Z kolei na TVP2 przed samym filmie jeszcze leciał taki jingiel, gdzie na białe tło przyklejona zostaje Smile Face tracąca uśmiech, gdy kamera robi najazd na wielki napis "Powiedz Nie", czy jakoś tak. A po filmie była rozmowa reporterki w studiu z jakąś działaczką na rzecz owej kampanii, w koszulce z tym logosem. Polska wersja nakręcona przez nieodżałowanego Krzysztofa Kołbasiuka wydaje mi się nierówna. Zaadaptowała to na polskie warunki, dlatego postacie mają spolszczone imiona i zamiast dolarów mamy złote (tak Michasiu, ta kopa srebrniaków to na pewno będzie sześćdziesiątka. I nie tłumacz się hajem). Choć za dziecka trochę to rozpraszało, gdy widziałem angielskie napisy przewijające i realia zdecydowanie pasujące do tych amerykańskich. Jednak samo tłumaczenie jest wierne i nie odbiega sensem  od oryginału. Jest kilka odstępstw, kiedy np. w oryginale Bugs mówi, że pożyczył wehikuł od Wilusia Kojota (swoją drogą, wszystko u Kojota się psuło, to wehikuł też mógł być jakiś lewy... i przeszłość mogła zostać zmanipulowana...), a w naszym przekładzie wehikuł został pożyczony od Jamesa Bonda (swoją drogą, to by wyjaśniało parę rzeczy w tej franczyzie), ale mogą być. Jedynie wkurzające jest znienawidzone przeze mnie określenie "bajka" na "cartoon" (fuck you PRL!), ale takie czasy. I zamiast "Co jest doktorku?" Bugs pyta: "Co jest facet?"? No ludzie, dajcie spokój.
               Sami aktorzy z polskiej wersji zagrali w ramach tej kampanii i tematyki za darmo. Większość postaci już wcześniej miało opracowany polski dubbing, zresztą bardzo dobry. Tak więc Smerfy mają te same głosy (choć Mieczysław Gajda omyłkowo dubbinguje Smerfy bez okularów), Krzysztof Tyniec to nadal Królik Bugs, disneyowskie postacie wciąż mają aktualny głos. Nie wiem jak z Wiewiórkami, bo mimo iż za dzieciaka oglądałem "Szaleństwa Alvina Wiewiórki" z dubbingiem, nie pamiętam doboru głosów, a odcinków z TVP, gdzie ten dubbing leciał, próżno szukać w Internecie. Choć podejrzewam, że i tu aktorki wcielające się w nie powtórzyły swe role i tu. Mapeciątka mają inne głosy, jednak warto pamiętać, że sam serial był emitowany w Polsce po tym filmie. Kermit był dubbingowany przez Włodzimierza Pressa, który kontynuował swą rolę z  "Ulicy Sezamkowej" i dalej mu to wychodzi. Wieprzewski jako Gonzo jeszcze ujdzie, z kolei oba głosy Piggy ciężko mi pasują i widać, że udawanie dziecinnego głosiku przez dorosłe kobiety nie wychodzi tak dobrze jak Magdalenie Wołłejko w "Mapeciątkach". Z kolei niektóre seriale animowane albo nie pojawiły się w Polsce, albo wyemitowano je z lektorem, to koniecznością było dorobienie polskich głosów i tu się dłużej rozpiszę.
              ALF ze swym zaspanym głosem Romana Szafrańskiego (kto to?) nie wypada źle. Brzmi śmiesznie, ale ostatecznie pasuje do postaci. Z rytmu lekko wybija jego śpiewny odpowiednik - Krzysztof Kołbasiuk, ale jeszcze nie ma tragedii, która zostanie opisana. Sam Kołbasiuk oprócz lektora gra jeszcze Garfielda, emitowanego wówczas z lektorem. Tak mówią Internety, bo głos jest wybitnie zmodulowany i nierozpoznany i się zastanawiam, czy to przypadkiem nie głos Piotra Gogola, śpiewnego głosu Garfielda, bo oba dość podobne. Nieważne zresztą, gdyż jest to najlepszy polski głos Garfielda, jaki mu się trafił. Idealne tempo, tembr i oddanie osobowości. Slimer... wciąż zapominam o jego udziale... nie wiem szczerze. Za to najgorzej wypada, znowu, Michelangelo. Może bylem za bardzo przyzwyczajony do głosu Townsenda Colemana, ale Zbigniew Suszyński zupełnie mi nie pasuje do postaci zaprezentowanej w serialu z 1987 roku. A większe kuriozum to jego śpiewny głos. Nagle Michelangelo o wysokim, cwaniaczkowatym głosie nagle śpiewa jakimś murzyńskim barytonem?
               Co do głosów oryginalnych postaci... Rany... jakie one są nudne... Są dobrze dobrane. Kozłowicz pasuje jako nastolatek, młoda Jabłczyńska daje radę... rodzice też (kiedyś myślałem, że ojcem jest inny Andrzej. Ferenc)... Paweł Szczesny nie ustępuje niewiele George'owi C. Scottowi... co tu jeszcze... Aha, polski głos jednego z "kumpli" Michała jest lepszy od oryginale. Tam kolo jest niby nastolatkiem, a dubbingował go chyba jakiś 9-latek... Do czego się tu przyczepić...
               A, tak!  Polska wersja ma zdecydowany minus - soundtrack! O Jezu... prawie przez cały film przewija się ten sam jingiel o najbardziej ckliwej, silącej na wzruszenie, słodziutkiej melodyjce o jakiej nie słyszeliście. Oryginalna ścieżka dźwiękowa, co prawda wcale nie lepsza, ale miała jakieś zróżnicowanie, a nie w kółko ten cholerny jingiel. Przy okazji jingiel pochodzi z jednej z dwóch piosenek napisanych przez Alana Menkena i Howarda Ashmana.
Ta pierwsza, śpiewana w środku filmu przez wszystkie gościnne występy, jest kiepska, ale na swój sposób urocza i chwytliwa. Za to druga jest przepotworna, a w polskim dubbingu niewysłuchalna. Otóż śpiewają ją w zamierzeniu postacie z kreskówek. I słyszymy nadekspresyjnie grających aktorów z charakterystycznymi (i fałszującymi) głosami. Ale jak po polsku słyszę Andrzeja Gawrońskiego jęczącego (bo śpiew to nie jest) głosem Smerfa Marudy albo krzyczącą piskliwym tonem Monikę Wierzbicką albo Kołbasiuka udającego Scooby'ego-Doo w takcie tej ckliwej melodii, to wychodzi kuriozalnie. I co lepsze, polska wersja zawiera błędy podczas napisów końcowych! Kołbasiuk jako lektor wymienia Roberta Rozmusa (który w zamierzeniu miał grać Bugsa i faktycznie w tamtych okresie zastąpił Tyńca. Czemu wrócili do niego? Może tu było jak niegdyś z Jeffem Bergmanem), myli imiona grających aktorów (Aleksander Jakubik zamiast Arkadiusza) i wymienia aktorów, którzy nawet tam nie grali! I nikt tego nie sprawdził przed wypuszczeniem? Aż tak chcieli dać znać, jak tanio ich kosztowało?! A może... wiem, suchar... ćpali?
             Bo to musieli ćpać oryginalni twórcy tego nieoglądalnego szmelcu. I to niekoniecznie narkotykami. Bo zgadnijcie, kto finansował ten szmelc? Nikt inny jak McDonald. Tak dzieciaczki! Narkotyki są niezdrowe, dlatego wpieprzajcie bardzo niezdrowe i nie wiadomo czym szprycone hamburgery, które dziwnym trafem nie chcą się psuć! Po prostu powiedz "nie"!

Cytacik: Dlaczego tłuką świnki, a nie krowy?


piątek, 28 listopada 2014

Dziadowy Listopad: Szkoła szatana





Satan's School for Girls / Szkoła szatana 
Rok: 1973
Kraj: USA
Wytwórnia: Spelling-Goldberg Production 
Producent: Aaron Spelling, Leonars Goldberg (producenci), Peter Dunne (współproducent)
Reżyseria: David Lowell Rich
Scenariusz: A. A. Ross
Muzyka: Laurence Rosenthal
Fabuła: Uczelnie artystyczne to wylęgarnie zła.
Obsada:
Pamela Franklin... Elizabeth Morgan
Kate Jackson... Roberta Lockhart
Lloyd Bochner... prof. Delacroix
Jamie Smith-Jackson... Debbie Jones
Roy Thinnes... prof. Joseph Clampett
Jo Van Fleet... dyrektorka Jessica „Smoczyca” Williams
Cherryl Ladd... Jody Keller
Frank Marth... detektyw por. Harry Grimes
Terry Lumley... Martha Sayers
Gwynne Gilford... Lucy Dembrow
Bill Quinn... ogrodnik John
Ann Noland... Kris
Bing Russell... szeryf


            Martha Sayers jedzie do siostry znajdując się w stanie wyraźnego przerażenia. Niebawem policja znajduje jej ciało i wszystko zdaje się wskazywać na samobójstwo. Elizabeth przekonuje bardziej wersja o seryjnym samobójcy i postanawia znaleźć prawdziwą przyczynę śmierci. Trop wiedzie do Akademii Sztuk Pięknych, do której uczęszczała Martha...
            Tyle wstępu. Wg angielskiej wikipedii jest to jeden z bardziej pamiętnych tytułów w amerykańskiej TV. Z innych rzeczy, telewizyjny ten film wyprodukował Aaron Golderg, które studio stworzył potem znane "Aniołki Charliego". Jak jesteśmy przy Aniołkach, w rolach dwóch studentek zagrały Kate Jackson i Cheryl Ladd grające tytułowe role w w/w serialu.
            Jak jesteśmy przy latach 70. w "Szkole..." czuć ten ich charakterystyczny klimat. Długie proste włosy, szerokie bluzy i spodnie, charakterystyczny wygląd taśmy nienaznaczonej koloryzującymi filtrami, przyziemne środowisko osadzone w twardej rzeczywistości. Głównie temu oglądało mi się to całkiem przyjemnie. Gdyż jako horror straszyć dziś nie straszy, ale odpowiednio się rośnie nastrój dzięki sprawnej pracy kamery i oświetlenia. 
              Z kolei fabuła pomimo, iż jest wprawnie napisana, jest przewidywalna, a wprawny widz rozpozna przebieg zwrotów akcji. Dodatkowo uderzyło mnie karykaturalne zachowanie jednej postaci w końcówce. Postacie to klisze. Typowy protagonista niewyróżniający się niczym szczególnym; surowa dyrektorka z kokiem na głowie; postać, która ma być zła, ale okazuje się być dobra; kolejna postać będąca odwrotnością poprzedniej; nowa koleżanka pomagająca w rozwiązaniu intrygi. I tak dalej, tak dalej. Jednak postacie są w porządku i śledzi się losy Elizabeth, a potem  Roberty z odpowiedn uwagą. Aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie, nie licząc przesadzonego aktorstwa jednej z aktorek z końcówki, nie ma overactingu, choć po tematyce można było się tego spodziewać.

             Z czasem zabawnie było śledzić bohaterkę w Akademii Sztuk Pięknych. Przypomniały mi te czasy liceum plastycznego (bo Akademia w tym filmie w większej części kojarzy mi się z akademickim plastykiem niż obecnymi studiami artystycznymi). Te ukazujące się stereotypy i klisze. Te sztalugi, studiowanie martwej natury, dyrektor nie będący po studiach artystycznych, ale jedyny w stanie prowadzący ten bajzel (albo artystyczny nieład), niedobry wykładowca uczący znienawidzonego przedmiotu. W sumie moglem to puścić to znajomym z Akademii Sztuki na tegorocznym wieczorku halloweenowym. Może przyjemniej byłoby razem wychwycić te wszelkie smaczki z starych niedobrych czasów.
            Ostatecznie mogę polecić ten film na raz. Jak lubicie lata 70. przyprawione lekkim sosikiem horroru, to można go spokojnie obadać go.

Fajny cytacik: Czy ta smoczyca jakoś się nazywa?
- To dyrektorka. Kiepska malarka, fatalna rzeźbiarka i żałosna muzyczka. Idealna osoba na stanowisko dyrektora Akademii Sztuk Pięknych.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Dziadowy Listopad: Morderstwa w domu lalek





Secrets in the Attic / Morderstwa w domu lalek
Rok: USA
Kraj: 1992 
Wytwórnia: Aims Media
Producent: Michael Wright, Bernard Wilets, Diaane Haak-Edson
Reżyseria: Dianne Haak-Edson
Scenariusz: Marion Nelson, Bernard Wilets na podst. powieści Betty Ren Wright pt. "The Dollhouse Murders"
Muzyka: Firstcom, Robert McGarrity
Fabuła: Lalki odtwarzają morderstwo...
Obsada:
Amanda Rowse... Amy
Lindsay Jackson... ciocia Claire
Rebekah Baker... Lou Ann
Hillary Brooks... Ellen
Lisa Layng ... matka
J.J. Reardon ... ojciec
Charles Bruce... Tom Keaton
Courtney Campbell... młoda Claire
Thomas F. McKinght... dziadek Claire
Jan Hathaway Deloe... babcia Claire
Oliver Joslin... mały ojciec
Bob Chaffee... Ruben Miller


"Morderstwa w domu lalek". Oj, długo chciałem zobaczyć ten filmik. Gdy byłem mały i zobaczyłem zajawkę na Polsacie, muszem to zobaczyć. Brudno-żółty filtr, ciemność wokół, build-up w postaci przymierza dziewczynek w walce z wrogiem, brak źródła światła i sam tytuł. "Morderstwo w domu lalek". Co za zwichrowany malec nie zechce zobaczyć takiego filmu z takim tytułem?! Ogólnie nastawiłem się na jakiś supermroczny horror o jakichś morderczych lalkach. Ostatecznie nie widziałem :(.
                Po latach przypomniałem o tym tytule, a żyję w czasach, gdzie pewne rzeczy łatwiej się dostaje. W końcu nadarzyła sie okazja, by zobaczyć wspomniane "Morderstwa...". I...
               Gdybym jednak ujrzał to w wieku dziecięcym, to zanudziłbym się. Pierwsza poszlaka to fabuła. Cytując filmweb:
               "Dwunastoletnia Amy Trealor (Amanda Rowse), podczas odwiedzin u swojej ciotki Claire (Lindsay Jackson), znajduje na strychu domek dla lalek, którym jest oczarowana. Po pewnym czasie odkrywa, że lalki ożywają i odgrywają przed nią sceny morderstwa. Okazuje się, że dotyczą one śmierci jej pradziadków, którzy zmarli około 30 lat wcześniej w tajemniczych okolicznościach. Amy poznaje sekret rodziny."
          Czyli nie ma walki małych dziewczyn z złymi lalkami-zabójcami, a w tytule jest "morderstwa", nie "morderstwo". Jest za to domek lalek odtwarzającym morderstwo. Jeee. No, ale z fabuły może coś być. I druga poszlaka. Film to powolny kameralny thriller o spokojnej akcji. O tak, jako dziecko rozczarowałbym się i zasnął (podejrzewam, ze Polsat puszczał to w późnych porach). A jak dorosły to oceniłbym?
           W sumie zacznę od fabuły. Scena zaczyna się jak w latach 60. dziewczyna odkrywa śmierć swoich dziadków. Mija 30 lat. Jest sobie główna bohaterka, Amy. Jest zła, bo musi opiekować swoją opóźnioną w rozwoju siostrą... O tym wątku później się wypowiem. W końcu Amy postanawia odpocząć od siostruni i planuje zostać u ulubionej ciotki. Ta ma na strychu zbudowany przez dziadka domek dla lalek, który jest wiernym odtworzeniem jej domu rodzinnego. Nawet laleczki są takie same. W nocy lalki w niewyjaśniony sposób są ustawione jak zabici dziadkowie sprzed 30 lat. W tym samym miejscu i porze...
               Koncept nawet jest OK. Jest sobie dziecko, która odwiedza ulubionego krewnego. Za tym krewnym ciągnie się bolesna przeszłość, która może nie zostać zrozumiane przez dziecko. Dziecko jak to dziecko, z kolei chce poznać ten sekret mimo większych oporów krewniaka. Dodatkowo dostaje poszlaki, w które krewny nie wierzy mu i wkurza się, że samo coś majstruje. Plus podlane wszystko horrorowo-fantastycznym sosem.  
               Zwłaszcza, że krewny w postaci ciotki jest polubialny. Taka typowa ciotka nie mająca swoich dzieci, a super dogadująca się z bratanicą i niekiedy rozumiejąca problemy rodzinne niż właściwi rodzice.
               Czego na początku nie mogę powiedzieć o Amy. Dla mnie jest archetypem nadętych wiecznie obrażonych dziewuch, które za byle bzdet lecą na skargę.  Później trochę propsuje, podoba mi się jak próbuje rozwikłać sprawę swych pradziadków, podejmuje działanie, jest bystra, no i widz z niektórymi jej problemami może się utożsamić i zrozumieć. Na przykład wspomniana opóźniona w rozwoju siostra, Lou Ann.
               Tak. Warto omówić i ten motyw. Generalnie Amy bardzo nie znosi jej towarzystwa. Traci na tym przyjaciół, ma związane niekiedy ręce i w w tym wieku nie rozumie się (i nie chce) pewnych rzeczy. Można przypisać łatkę lekkiego okrucieństwa, choć z drugiej strony prawdopodobnie tak musi się czuć osoba obarczona tym zadaniem. I niechętna do tego zdania, lecz zmuszona przez pewne okoliczności. Z czasem Amy poczuwa się bardziej odpowiedzialna za Lou Ann i obawia się, ze z powodu swojej ułomności zrobi sobie krzywdę. I tu pojawia się kolejny fajny aspekt. Ciotka sugeruje, by jednak nie robić z Lou Ann większej kaleki niż jest. Być może trzeba jej rozwinąć skrzydła? I być może będzie nieźle radziła sobie w życiu. Co prawda, gorzej niż inni ludzie, ale podstawowe umiejętności opanuje? Ba, ciotka proponuje by Lou Ann zrobiła ciasto i co? Ta samodzielnie piecze ciasto. Naprawdę mile zobaczyć takie niuanse. I część dramatyczna wychodzi całkiem nieźle.
               Z kolei aspekty, te "straszne" niewielu ustępują. Muzyka jest bardzo nastrojowa i zasiewa ten niepokój podczas odkrywania tajemnicy. Ujęcia są odpowiednio mroczne i niekiedy można poczuć strach. Pomysł z nawiedzonym domem lalek bardzo dobrze stosuje zasadę "mniej znaczy więcej". Gdybym bym jednak obejrzał za młodu i nie zanudził, sikałbym ze strachu. Ostatecznie wszystko psuje końcówka i rozwiązanie całej sprawy. Nie chciałbym wiele zdradzać, ale rozczarowujące zakończenie jest bardzo w klimacie pewnych dowcipów o kiepskich kryminałach i wyjawieniu tożsamości sprawcy. Gdyby nie ono, to pokusiłbym się o stwierdzenie, ze to byłby niemal bardzo dobry horror z odpowiednim klimatem, dobrą grą aktorska i dobrze nakreśloną psychologią w klimacie najlepszych amerykańskich dramatów.

Fajny cytacik: Biedne laleczki... płakały.